poniedziałek, 12 sierpnia 2019

"Nie każdy zasługuje na drugą szansę…"







Gentleman numer dziewięć
Penelope Ward
Editio Red
Liczba stron: 288
Premiera: 09.07.2019 r.









Kolejna w tym miesiącu książka od Penelope. Poprzedniej brakowało akcji a jak było z tą? Czy ta była lepsza od poprzedniczki? Zapraszam na recenzję!

Playboy, mózgowiec i piękna dziewczyna dorastali razem jako trójka dobrych przyjaciół. Któregoś dnia chłopcy zawarli pakt: żaden z nich, ani Rory, ani Channing, nigdy nie zwiąże się z Amber. Dla nich zawsze będzie wyłącznie przyjaciółką. Jednak gdy Channing wyjechał do college'u, Rory zerwał umowę: on i Amber zostali parą. Po wielu latach chłopak porzucił ukochaną. Zraniona dziewczyna postanowiła, przynajmniej na jakiś czas, dać sobie spokój z mężczyznami. I wtedy w jej życiu ponownie pojawił się Channing. Poprosił o przysługę - potrzebował pokoju na kilka miesięcy. Ona akurat dysponowała wolnym pomieszczeniem, zgodziła się je wynająć.
Dawny playboy i kobieciarz okazał się wspaniałym współlokatorem. Potrafił słuchać. Wiedział, kiedy przynieść butelkę wina i jak przygotować wyśmienity lunch. Do tego wyglądał naprawdę bosko. Zamiast zdradzić Amber swoje skrywane uczucia, zdecydował się po prostu być blisko niej i otoczyć ją delikatną opieką, by wkrótce znów ktoś jej nie skrzywdził. Nic więc dziwnego, że gdy któregoś wieczoru wrócił z pracy i przez kompletny przypadek zajrzał do laptopa współlokatorki, zrozumiał, że nie może stać z boku.
Amber skontaktowała się z ekskluzywną agencją wynajmującą mężczyzn do towarzystwa. Wybrała kogoś, kto figurował w spisie jako Gentleman Numer Dziewięć. Napisała do niego długą i szczerą wiadomość, którą przez roztargnienie pozostawiła na komputerze. Channing ją odczytał, a jego obawy o bezpieczeństwo przyjaciółki sięgnęły zenitu. Postanowił działać.
Podszył się pod męską prostytutkę i rozpoczął ryzykowną grę. Dowiedział się o sprawach, o których Amber nigdy mu nie mówiła, i - wciąż jako Gentleman Numer Dziewięć - umówił się z nią na randkę w hotelu. Co się wydarzy, gdy prawda wyjdzie na jaw? (opis wydawcy)

Początek książki wywołał u mnie myśl „powtórka z rozrywki, będzie dramat”. Jednak nic bardziej mylnego. Co prawda akcja rozwija się powoli ale jednocześnie wciąga. Ponieważ mamy tu trójkąt miłosny to można spodziewać się „pazura” – dużo emocji, kłótni, łez. A jednak mamy tu co najwyżej „pazurek”. Nawet relację pomiędzy Amber i Channingen można by bardziej podkręcić, wiecie… więcej flirtu, więcej scen erotycznych.

Zmylił mnie tytuł książki. Spodziewałam się, że przez większość książki będzie flirt między Amber a Gentlemanem numer Dziewięć a na koniec spotkanie, trochę pretensji, może mały foch, ale koniec końców książka skończy się happy endem. I tak się dzieje… jeśli chodzi o zakończenie. Bo Gentleman numer Dziewięć jest w tej książce przez chwilę, dosłownie kilka maili, spotkanie i…Gentleman znika.

Oczywiście, jak zwykle, Penelope Ward skupiła się na wykreowania bohaterów, którzy są dla nas bardzo autentyczni. Nie skupia się ona tylko na relacji głównych postaci, ale również na ich pracy czy stosunkach rodzinnych. Po raz kolejny czułam, że zarówno Amber jak i Channinga mogłabym spotkać na ulicy swojego miasta.
„(…) w miłości nie zawsze chodzi o osobę, przy której czujemy się najbezpieczniej lub o którą się najbardziej troszczymy. Czasem chodzi o kogoś, kto rozpala naszą duszę lub kogo najbardziej się boimy. Czasem miłość wiąże się z podjęciem największego ryzyka.” (s. 263-264)
Uważam, że książka jest poziom wyżej niż „Daddy Cool” i bardziej przypadła mi do gustu. Dlatego też z czystym sumieniem polecam tą książką każdej osobie szukającej czegoś lekkiego, przyjemnego i idealnego na letni wieczór.

Moja ocena: 7,5/10

Do przeczytania!
Agnieszka.


Za egzemplarz dziękuję:

czwartek, 1 sierpnia 2019

„Los czasami daje drugą szansę. Nie strać jej ponownie!”





Daddy Cool
Penelope Ward
Editio Red
Liczba stron: 280
Premiera: 16.07.2019 r.






„W pewnym momencie wydaje nam się, że znamy już wszystko, a potem pojawia się ktoś i zupełnie przewraca nasz świat do góry nogami. I dopiero wtedy uświadamiamy sobie, że tak naprawdę gówno wiemy.” (s.59)
Penelope Ward powoli wyrasta na jedną z moich ulubionych pisarek. Za co ją lubię? Za jej bohaterów z krwi i kości, za jej humor i emocje, za jej zdolność poruszania poważnych tematów. Jak było tym razem? Czy „Daddy Cool” spełnił oczekiwania? Czy Penelope Ward po raz kolejny zachwyciła? Zapraszam na recenzję!
„Jeśli istnieje coś, czego absolutnie nie powinna robić nauczycielka najmłodszych klas elitarnej katolickiej szkoły, to z pewnością jest to nawiązywanie intymnych relacji z ojcem swojego ucznia. Nawet jeśli jest najbardziej seksownym i pociągającym mężczyzną świata, a do tego zrobił dosłownie wszystko, co było w jego mocy, by zapisać swojego syna właśnie do tej szkoły i tej klasy. Surowych zasad nie wolno bezkarnie łamać.Wiele lat wcześniej Mackenzie Morrison i Francesca O'Hara byli najlepszymi przyjaciółmi. Zrodziło się między nimi uczucie, lecz Mack nagle odszedł, łamiąc serce Frankie. Wydawało się, że to definitywny koniec. Ona spełniła swoje marzenie: została nauczycielką, a w jej życiu pojawił się ktoś ważny. Jednak Mack i Frankie nie umieli i nie chcieli o sobie zapomnieć. Łączyły ich niedokończone sprawy z przeszłości. Kiedy więc na początku nowego roku szkolnego w klasie pojawił się Mack z kilkuletnim synem, Frankie od razu zrozumiała, że czeka ją trudny wybór między uczuciem a obowiązkiem.” (opis wydawcy)
Frankie na pozór wiedzie szczęśliwe życie. Ma pracę, którą uwielbia, partnera, który darzy ją miłością i mniej lub bardziej sprecyzowane plany na przyszłość. Nowy rok szkolny to nowi podopieczni oraz ich rodzice, to również pojawienie się mężczyzny z przeszłości. Mack z kolei liczy, że ta przeszłość ożyje i będzie miała teraz swoją kontynuację. Wie, że jest gotowy na wiele aby w końcu móc być z kobietą, którą kocha. Jednak jego „chcieć” a życie to dwie różne bajki.
„Nie mam całego czasu na świecie, aby ci go dać. Nie mógłbym ci dać idealnego życia, nawet gdybym chciał, bo ciągnę za sobą zbyt ciężki bagaż. W niektóre dni sam już nie wiem kim jestem. Ojcem Jonaha, byłym Torrie, odrzuconym synem Michaela Morrisona. Ale gdy jestem z tobą…jestem Mackiem. Czuję się sobą. Gdy na mnie patrzysz, przypominam sobie, kim jestem, kim chcę być. Chcę znowu stać się tym facetem, który kiedyś był szczęśliwy jak prosię w desz tylko z tego powodu, że każdego dnia mogłem być z tobą. Jednak byłoby nie fair, gdybym skradł ci choćby chwilę szczęścia po ro, aby samemu być szczęśliwym.” (s. 167)
W tej książce Ward pokazuje nam, że jeśli los daje drugą szansę to warto zrobić wiele aby tym razem się udało. Widzimy tu zawziętość Macka, który dąży do zbudowania związku z Frankie. Z kolei Frankie przeżywa rozterki: czy ryzykować związek z Victorem dla Macka, który w przeszłości ją zranił? Co bardzo mi się spodobało to fakt, że autorka pokazała jak ogromna może być miłość ojca do syna, jak wiele ojciec może poświęcić dla dziecka i jak może podporządkować swoje życie dla dobra dziecka.

To tyle jeśli chodzi o plusy tej książki. A minusy? Straszny melodramat i brak akcji. Cała historia kręci się wokół Macka, który próbuje naprawić swój błąd. I tak naprawdę nie ma tu nic innego. Niektóre wątki kończone tak bez… zakończenia tj. urywają się. Pod koniec jest kilka momentów, gdzie można zacząć wątpić w happy end. Myślę, że autorka miała naprawdę dobry pomysł na książkę, ale chciała za dużo w niej zawrzeć.
„Wyobraźnia autora nie zna granic. Nie ma granic dla ludzkiej wyobraźni i tego, co potrafi stworzyć” (s. 62)
Myślę również, że mimo minusów, mogę ją polecić fanom twórczości Penelope Ward jak i osobom szukającym „odmóżdżacza”.

Moja ocena: 6/10

Do przeczytania
Agnieszka


Za egzemplarz dziękuję:

wtorek, 2 lipca 2019

"Jak sprawić, by znów zwyciężyła miłość?"





Zbuntowane serce
Vi Keeland, Penelope Ward
Editio Red
Liczba stron: 272
Premiera: 03.07.2019 r.









Drugi tom historii Gii i Rusha. Czwarta książka duetu pisarka, którą miałam okazję przeczytać (wiem, że mają ich więcej, ale nie wszystkie jeszcze przeczytałam). Zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami odnośnie książki.

Jak pamiętacie z pierwszego tomu Gia jest w ciąży z nieznajomym facetem o imieniu Harlan. Rush postanawia zaakceptować dziecko innego mężczyzny i wychować jak swoje. Pierwszy tom kończy się w momencie gdy Gia widzi Harlana, który okazuje się być bratem Rusha - Elliottem. No i tu zaczyna się tom drugi.
„To głupie oczekiwać, że w życiu da się cokolwiek wykazać ze stuprocentową pewnością. Nawet najmniejszy cień zwątpienia to wciąż zwątpienie. I to zwątpienie jest normalne, bo życie zawsze zawiera w sobie sporą dawkę niepewności. Każdego dnia żyjemy ze świadomością, że możemy umrzeć. A jednak co rano wstajemy i pomimo tej świadomości robimy to, co mamy do zrobienia.” (s. 222)
Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale powiem szczerze. Książka mnie wynudziła! Owszem nie powiem, było kilka dość ciekawych momentów, troszkę akcji ale głównie to były rozterki, utyskiwania Gii jaka to ona robi się gruba i jak bardzo jest napalona oraz próba odpowiedzenia sobie na pytanie „Co dalej?”. Oczywiście rozterki miał Rush, który sam nie wiedział czego chce. Momentami chciałam odłożyć książkę a innym razem kusiło mnie przeczytanie ze trzech ostatnich rozdziałów z pominięciem całego środka. Brakowało mi większej akcji, większego zamącenia, może większego zaangażowania Elliotta, może bardziej zdecydowanej postawy Gii oraz humoru, do którego przyzwyczaiły Keeland i Ward.

Jednym z plusów tej książki jest fakt, że czyta się ją bardzo szybko. Nie trzeba specjalnie się spinać aby dotrzeć do ostatniej strony. Drugim i w sumie ostatnim plusem jest to, że w końcu poznajemy bliżej Rusha, zaglądamy do jego głowy, cofamy się do dzieciństwa i zaczynamy rozumieć dlaczego jest taki jaki jest.
Życie nie powinno polegać na ciągłych próbach udowadniania sobie czy innym, że nie grozi nam zranienie. Życie powinno polegać na pogodzeniu się z niepewnością i czerpaniu radości z oglądania pięknych zachodów słońca z ludźmi, których kochamy.” (s. 222)
„Zbuntowany dziedzic” wywołał u mnie mieszane uczucia ale wzbudził u mnie ciekawość dalszego ciągu historii. Natomiast „Zbuntowane serce” zabiło tą ciekawość i historię. I tak jak pisałam w recenzji pierwszego tomu: panie Keeland i Ward niepotrzebnie stworzyły z tego serię. Wystarczyło dopisać te 150 stron do „Zbuntowanego dziedzica”  i wyszłaby im całkiem fajna książka. A tak, pozostał zawód.

Oczywiście książka na pewno będzie miała swoich zwolenników – każdy lubi co innego.

Moja ocena: 5/10

Do przeczytania!
Agnieszka

Za egzemplarz dziękuję: