czwartek, 5 września 2019

#profanacja #herezja #bezczelność





Rozdroża
Augusta Docher
Editio Red
Liczba stron: 376
Premiera: 14.08.2019 r.



„Czasami potrzebujemy choćby złudzenia bliskości, jakiejś namiastki, chwili, w której możemy sami siebie oszukać.” (s. 65)

Pierwsza moja styczność z książką tego typu/gatunku. Przyznam szczerze, że na początku omijałam tą książkę wzrokiem. Fakt, okładka ładna ale jakoś specjalnie mnie nie „wołała”. W momencie otrzymania możliwości zrecenzowania tej książki stwierdziłam – „co ma być to będzie, zobaczę cóż to za twór”. I tak… dziś przychodzę z recenzją tego „tworu”. Moje wrażenia? Czytajcie dalej a się dowiecie! Zapraszam!

„Jane Eye po stracie przyjaciółki pragnie rozpocząć nowe życie. Opuszcza Nowy Jork, by przenieść się do angielskiego majątku Thornfield Hall, miejsca, w którym czas się zatrzymał. Ma tam sprawować opiekę nad córką sir Edwarda Fairfaxa Rochestera, właściciela dworu. Dzięki swojemu oddaniu zyskuje sympatię małej Adelki, a bezkompromisowym podejściem do obowiązków budzi jednocześnie irytację i szczery podziw Rochestera. Mimo trudnych początków - wbrew woli Edwarda i rozsądkowi Jane -między bohaterami rodzi się coś więcej...
Ponadczasowa opowieść w nowej odsłonie - o tym, jak samotność łączy pozornie różnych od siebie ludzi, a szaleństwo zmieszane z pożądaniem prowadzi do tragedii. Czy ta historia ma szansę na szczęśliwe zakończenie?
Pierwsza część cyklu Z klas(yk)ą w łóżku to fanfic na motywach najbardziej znanej powieści jednej z sióstr Brontë. Czy można tu mówić o profanacji? Oczywiście! Herezji? Bez wątpienia! Bezczelności? Jak najbardziej! Pozwól sobie na odrobinę szaleństwa i daj się porwać niepoprawnej guilty pleasure. Wraz z Jane Eye poznaj tajemnice skrywane za grubymi murami Thornfield Hall”. (opis wydawcy)

Tak, to jest zdecydowanie szaleństwo, które porywa i niesie aż do końca. Nie ma chyba takiej rzeczy, sprawy w tej książce, która mi się nie podobała. Zacznijmy od bohaterów.

Jane – „(…) chudy, garbaty nos, śmieszne wydęte drobne wargi i opadające kąciki oczu, które nadają fizjonomii panny Eye tragikomiczny wyraz.” (s. 35). Przyznacie, że nie jest to wyidealizowany ideał męskich westchnień ani opis modelki wprost z mediolańskich czy paryskich wybiegów mody? Pewnie, że nie! Jane jest jedną z nas ze swoimi niedoskonałościami. W końcu każda z nas jakieś ma. Uwielbiam „wchodzenie w głowę” Jane. Jej przemyślenia i komentowanie wydarzeń czy sytuacji. 

Edward – „(…) facet na oko pod czterdziestkę, brunet, niezbyt przystojny, niski i krępy, posturą przypominał mi byka albo goryla. Goryl wypisz, wymaluj, barczysty, długie ręce. Z zachowania też jak małpa, przykry i chamowaty.” (s. 38). Tak więc nie jest on jednym z wielu wyidealizowanych przez autorki mężczyzn. Co prawda ma zasobne konto ale daleko mu do faceta z okładki. Bo bądźmy szczere, ile takich „okładkowych” facetów jest w zasięgu przeciętnej kobiety? Niewielu. Tak więc ani Jane nie jest modelką ani Edward nie jest modelem. I w tej swojej niedoskonałości są doskonałymi bohaterami. Nawet jeśli autorka wzorowała się na postaciach z oryginalnej powieści (wybaczcie mi, nie czytałam!) to chylę czoła przed wyjściem po za wyidealizowanych bohaterów, którzy potrafią wprawić w kompleksy 😉
„Brytyjczycy to sztywniaki, mogłam się domyślać, że ci wywodzący się z arystokracji są jeszcze sztywniejsi, ale sir Edward Fairfax (pięciorga kolejnych imion i nazwisk, kto by je spamiętał?) Rochester osiągnął w tym absolutne mistrzostwo. Czy ten człowiek ma jakieś emocje? Nie żebym ja sama zbyt często je okazywała. Można śmiało powiedzieć, że też jestem sztywniarą, często nudną, drętwą i zasadniczą jak konstytucja.” (s.55)
Jeśli Docher napisze kolejne fanfiction to ja biorę je w ciemno. „Rozdroża” to nie jest jedna z lepszych książek, to jest najlepsza książka jaką przeczytałam do tej pory w tym roku. I mam wrażenie, że długo nią pozostanie.

Książkę gorąco polecam każdej osobie szukającej czegoś innego niż dotychczas, czegoś innego niż większość książek, czegoś orzeźwiającego i rozbawiającego. Niejednokrotnie zaśmiewałam się z bohaterami, momentami byłam z nimi i oglądałam sceny (zwłaszcza, to jak Jane porównała Edwarda do goryla).

Moja ocena: 10/10

Do przeczytania!
Agnieszka

Augusta Docher — pseudonim Beaty Majewskiej, polskiej pisarki, autorki kilkunastu poczytnych powieści z gatunku literatury obyczajowej, romansowej i młodzieżowej. Debiutowała powieścią Eperu, która szybko zyskała uznanie czytelników. Na koncie ma m.in. książki: Konkurs na żonę, Bilet do szczęścia, Zdążyć z miłością, Anatomia uległości, Płatki wspomnień, Kryształowe serca, Cała ja, Najlepszy powód, by żyć, Wiele powodów, by wrócić, Zastępcza miłość. Prywatnie: kocha swoją rodzinę, czarnego psa, dom na wsi, podróże i dobrą lekturę”. (notatka ze strony wydawnictwa)

Jeśli książki Beaty Majewskiej są chociaż w połowie tak świetne jak „Rozdroża” to muszę koniecznie po nie sięgnąć! 

Za egzemplarz dziękuję:

czwartek, 22 sierpnia 2019

"Jestem dziwadłem, odmieńcem, nigdzie nie pasuję."







Mój Torin
K. Webster
Wydawnictwo Niezwykłe
Liczba stron: 266
Premiera: 17.07.2019 r.








Moja pierwsza książka tej autorki. Nie mam więc wyrobionego zdania o jej twórczości, stylu, kreowaniu bohaterów. Do sięgnięcia po tą książkę skłonił mnie opis książki, który jest tajemniczy. Również prolog był intrygujący na tyle, że wiedziałam iż prędzej czy później sięgnę po tę książkę. Zapraszam na recenzję!

„Jestem dziwadłem, odmieńcem, nigdzie nie pasuję.
Jestem samotna, nikt mnie nie kocha.
Jednak szczęście jest tak blisko, prawie mogę go posmakować.
Aż nagle zjawia się on.
Jest przystojny i bogaty, stanowi uosobienie męskości.
Ma smutne brązowe oczy i niesamowity uśmiech.
I chce, żebym uciekła razem z nim.
Skrywa swoje intencje.
Motywy jego postępowania są niejasne.
Ale ja i tak z nim odchodzę, bo tu nie jestem szczęśliwa.
Jego obietnice są zbyt piękne, by mogły być prawdziwe.
Zamek. Fortuna. I konie.
To wszystko jest zbyt proste.
A w moim życiu nic nigdy nie jest proste.
W czym tkwi haczyk?
Zawsze jest jakiś haczyk.”
(opis wydawcy)

Nie chcę opisywać za bardzo fabuły, bo zabiorę wam całą zabawę wynikłą z czytania. Powiem tylko tyle, że już dawno nie czytałam książki, którą miałam ochotę tak często wyrzucić przez okno. I nie chodzi o to, że książka jest tak tragicznie napisana, bo nie jest. Chodzi o to, że autorka robi takie zwroty akcji, z którymi ja jako czytelnik się nie zgadzam. Robi coś czego się nie spodziewałam, co ciężko zrozumieć i trudno zapomnieć.
Sam początek książki nie zapowiada tego co będzie się działo w niej dalej. Można powiedzieć, że jest dość normalny początek typowego romansu. Bogaty facet, dziewczyna z rodziny zastępczej marząca o lepszym życiu. I wszystko byłoby jak w każdym innym romansie gdyby nie postać Torina. Torin jest inny. Czuje i myśli jak każdy z nas, jednak przez swoje choroby nie panuje nad tym co mówi a nie raz i nad tym co robi. Wiem, wiem… gmatwam i nie mówię wszystkiego, ale naprawdę uwierzcie, gdybym wyjaśniła wam dokładnie o czym mówię to nie mielibyście żadnej przyjemności z odkrywania tajemnic Torina i Casey.
Pierwszy raz miałam ochotę wyrzucić książkę mniej więcej w połowie. Ma tam miejsce wydarzenie, które wpływa na przyszłość dwójki bohaterów i na czytelnika (mnie osobiście doprowadziło to tego, że nie miałam ochoty czytać dalej i odłożyłam książkę na półkę). Drugi raz miałam ochotę wywalić książkę gdzieś w ¾ jej objętości. Tym razem miało miejsce wydarzenie, które dla każdego autora jest trudne do opisania a dla każdego czytelnika jest trudne w odbiorze..
W książce narrację prowadzą aż trzy osoby: Casey, Tyler i Torin (nie liczę prologu 😉 ). Przeważnie taka ilość narratorów strasznie mnie drażni i denerwuje. Jednak tym razem mogę tylko podziękować autorce za to. Dzięki temu poznajemy o wiele lepiej całą trójkę bohaterów a w szczególności Torina, którego tylko w ten sposób możemy poznać lepiej i zobaczyć, że on też jest zdolny do uczuć.
Pomysł na książkę, muszę to przyznać, jest bardzo oryginalny i co najważniejsze jest dobrze zrealizowany. Czytając nie mamy wrażenia, że autorka chciała dużo a wyszło jak wyszło. Książka jest dobra o ile nie bardzo dobra a nawet jedna z najlepszych w tym roku. Nie jest to na pewno schematyczny romans jakich wiele. I właśnie dlatego ta książka jest tak dobra. Bo jest inna. I na tym zakończę.
Polecam tą książkę każdemu kto ma dość schematów a łaknie emocji.
Moja ocena: 8,5/10
Do przeczytania!
Agnieszka
Za możliwość przeczytania dziękuję:


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

"Nie każdy zasługuje na drugą szansę…"







Gentleman numer dziewięć
Penelope Ward
Editio Red
Liczba stron: 288
Premiera: 09.07.2019 r.









Kolejna w tym miesiącu książka od Penelope. Poprzedniej brakowało akcji a jak było z tą? Czy ta była lepsza od poprzedniczki? Zapraszam na recenzję!

Playboy, mózgowiec i piękna dziewczyna dorastali razem jako trójka dobrych przyjaciół. Któregoś dnia chłopcy zawarli pakt: żaden z nich, ani Rory, ani Channing, nigdy nie zwiąże się z Amber. Dla nich zawsze będzie wyłącznie przyjaciółką. Jednak gdy Channing wyjechał do college'u, Rory zerwał umowę: on i Amber zostali parą. Po wielu latach chłopak porzucił ukochaną. Zraniona dziewczyna postanowiła, przynajmniej na jakiś czas, dać sobie spokój z mężczyznami. I wtedy w jej życiu ponownie pojawił się Channing. Poprosił o przysługę - potrzebował pokoju na kilka miesięcy. Ona akurat dysponowała wolnym pomieszczeniem, zgodziła się je wynająć.
Dawny playboy i kobieciarz okazał się wspaniałym współlokatorem. Potrafił słuchać. Wiedział, kiedy przynieść butelkę wina i jak przygotować wyśmienity lunch. Do tego wyglądał naprawdę bosko. Zamiast zdradzić Amber swoje skrywane uczucia, zdecydował się po prostu być blisko niej i otoczyć ją delikatną opieką, by wkrótce znów ktoś jej nie skrzywdził. Nic więc dziwnego, że gdy któregoś wieczoru wrócił z pracy i przez kompletny przypadek zajrzał do laptopa współlokatorki, zrozumiał, że nie może stać z boku.
Amber skontaktowała się z ekskluzywną agencją wynajmującą mężczyzn do towarzystwa. Wybrała kogoś, kto figurował w spisie jako Gentleman Numer Dziewięć. Napisała do niego długą i szczerą wiadomość, którą przez roztargnienie pozostawiła na komputerze. Channing ją odczytał, a jego obawy o bezpieczeństwo przyjaciółki sięgnęły zenitu. Postanowił działać.
Podszył się pod męską prostytutkę i rozpoczął ryzykowną grę. Dowiedział się o sprawach, o których Amber nigdy mu nie mówiła, i - wciąż jako Gentleman Numer Dziewięć - umówił się z nią na randkę w hotelu. Co się wydarzy, gdy prawda wyjdzie na jaw? (opis wydawcy)

Początek książki wywołał u mnie myśl „powtórka z rozrywki, będzie dramat”. Jednak nic bardziej mylnego. Co prawda akcja rozwija się powoli ale jednocześnie wciąga. Ponieważ mamy tu trójkąt miłosny to można spodziewać się „pazura” – dużo emocji, kłótni, łez. A jednak mamy tu co najwyżej „pazurek”. Nawet relację pomiędzy Amber i Channingen można by bardziej podkręcić, wiecie… więcej flirtu, więcej scen erotycznych.

Zmylił mnie tytuł książki. Spodziewałam się, że przez większość książki będzie flirt między Amber a Gentlemanem numer Dziewięć a na koniec spotkanie, trochę pretensji, może mały foch, ale koniec końców książka skończy się happy endem. I tak się dzieje… jeśli chodzi o zakończenie. Bo Gentleman numer Dziewięć jest w tej książce przez chwilę, dosłownie kilka maili, spotkanie i…Gentleman znika.

Oczywiście, jak zwykle, Penelope Ward skupiła się na wykreowania bohaterów, którzy są dla nas bardzo autentyczni. Nie skupia się ona tylko na relacji głównych postaci, ale również na ich pracy czy stosunkach rodzinnych. Po raz kolejny czułam, że zarówno Amber jak i Channinga mogłabym spotkać na ulicy swojego miasta.
„(…) w miłości nie zawsze chodzi o osobę, przy której czujemy się najbezpieczniej lub o którą się najbardziej troszczymy. Czasem chodzi o kogoś, kto rozpala naszą duszę lub kogo najbardziej się boimy. Czasem miłość wiąże się z podjęciem największego ryzyka.” (s. 263-264)
Uważam, że książka jest poziom wyżej niż „Daddy Cool” i bardziej przypadła mi do gustu. Dlatego też z czystym sumieniem polecam tą książką każdej osobie szukającej czegoś lekkiego, przyjemnego i idealnego na letni wieczór.

Moja ocena: 7,5/10

Do przeczytania!
Agnieszka.


Za egzemplarz dziękuję: